wspomnienia_rochowicz

Wspomnienia Stanisława Rochowicza – Klęska, obóz pod Żyrardowem, wywózka do Niemiec, część 2

Kuchnie nie docierały, żywność się skończyła, trzeba było sięgnąć po żelazną porcję, ale i ta na długo nie starczyła. Dla mojego przyjaciela konia też zabrakło owsa i siana przytroczonego przy siodle. Nie pamiętam nazwy tej leśniczówki. Sterty z sianem zniknęły w trzy dni, a ziemniaki wygrzebane rękami głodnych żołnierzy, by ugotować je w menażce i zaspokoić głód.

Konie rozsiodłane chodziły już luzem, szukając pożywienia w lesie. Mój szwadron, w którym byłem, zajmował odcinek puszczy na skraju południowo-wschodnim. Na odcinku tym mieliśmy 3 ckm-y. Dokładnie widać było ruchy wojsk nieprzyjaciela. Naszym zadaniem było zdobycie wioski, leżącą od nas 2 km., już zajętą przez Niemców. Teren był niedogodny dla nas, trzeba było przebiegać przez tor kolejowy, żadnej nie było osłony, szeroki trakt drogi, rzadko drzewa, wierzby spróchniałe. Żeśmy kilka razy wypadali, nacierali na wieś. Ginęli dowódcy i żołnierze w trzech natarciach, to trzecie to „Bagnety”. Niemcy zlękli się i poczęli uciekać, zostawiając kolumny samochodów, które zostały przez nas zniszczone. Naszych zginęło 17, pochowani zostali w leśniczówce. Nazwy nie wiem ani też nazwy tej wioski, bo nie było ważne jak się nazywa wioska, a ważne było zdobyć ją.

Coraz większe siły wroga nadciągały ze wszystkich stron. Z Puszczy Kampinoskiej nastąpił odwrót naszych wojsk do Warszawy. Trudne to zadanie było, trzeba było przedostać się przez zaciśnięty pierścień wojsk nieprzyjaciela. Teren odkryty, szeroka droga wiodąca do miejscowości Łomianki. Rozsypani w tyralierę szliśmy po jednej i drugiej stronie drogi pojedynczo, poruszaliśmy się do przodu. Pociski artyleryjskie nieprzyjaciela masowo rozrywające się to przed nami, to poza nami, robiąc spustoszenie i panikę wśród nas. Jadące tabory za nami zostały, leżące w rowach, konie i ludzie z nimi wybici. Straszna to była scena, gdyśmy dochodzili do miejscowości Łomianka. Dalszy marsz stawał się niemożliwym, gdyż po obu stronach drogi jeżyły się lufy karabinów maszynowych wroga. W tej miejscowości nasz dowódca zaproponował nam poddanie się, wywieszając białą chorągiewkę, gdyż dalszy marsz był niemożliwy. Po naszej stronie straty, ranni i zabici, ludzi ubywało. Na dużym placu nastąpiło złożenie broni, granatów, ostrej amunicji, ostrych narzędzi: noże, scyzoryki, żyletki itp. W odległości 50 m od złożonej broni leżały dwa ciała oficerów polskich, twarze ich czarne, spalone – jeden porucznik, drugi major.

A więc staliśmy się jeńcami wojennymi. Dokuczał nam głód, zmęczenie, zakurzone twarze, porośnięte brody, no bo cóż, nie było czasu na mycie się i golenie. Po niedługim czasie pod eskortą żołnierzy niemieckich, czwórkami wymaszerowaliśmy w nieznane, w niewiadomym kierunku. Podczas marszu w drodze jedliśmy co się dało: marchew surową, brukiew, ziemniaki, buraki, by zaspokoić głód. Przechodząc przez wioski ludność wynosiła nam bochenki chleba. Po mozolnym marszu i wielkim zmęczeniu zostaliśmy wprowadzeni na duży plac, ogrodzony siatką. Wreszcie dowiedzieliśmy się, że znajdujemy się w Żyrardowie. Cały plac obstawiony posterunkami, karabinami maszynowymi, reflektorami. Żadnego schronienia nie było nad nami, niekiedy czyste niebo, chmury, deszcz, przymrozki jesienne, jedzenie jeden raz dziennie: suszone ziemniaki, woda, gdzieniegdzie liść kapusty. 1 chleb na ośmiu rzucany przez płot, kto był silniejszy, ten chwycił kawałek. Spanie na gołej ziemi. Nie można było spać, gdyż było zimno. Dobrze było, jak się miało płaszcz przy sobie lub koc. Co dzień rano wywożono ciała, zmarłych z przemarznięcia, przeważnie starszych kolegów rezerwistów w wieku od 45 do 50 lat.

Byli ludzie dobrzy, przychodzili z gorącą zupą pod płot i rozlewali nam do menażek, a byli ludzie bez litości i bez serca, handlowali chlebem, chcąc za bochenek chleba 50 zł, który kosztował 50 gr. Coś strasznego. Jeść się chciało, a nie było za co kupić bochenka chleba od nieuczciwego handlarza chlebem. Trzeba było odejść od płotu. Przypomniały mi się złotówki z marszu pod Spałą, po których żeśmy deptali, i żołd nie wypłacany. Bo któż miał nam wypłacić? Wreszcie rozeszła się wiadomość, że potrzebują robotników do rzeźni. Więc kilku nas się zgłosiło. Miejscowość ta, do której nas przewieziono nazywała się Guzów, znajdowała się w niej duża cukrownia. I prócz tego spęd koni zdrowych, lżej rannych, ciężko rannych, które były dobijane i przez nas obciągane skóry. Inni kopali rowy, a jeszcze inni zakopywali się. Nie bardzo nam się ta robota podobała, ale cóż było robić, byliśmy niewolnikami. Spanie mieliśmy na miejscu, już pod dachem, (słowo nieodczytane) było.

Jedzenia nie brakowało, 2 razy dziennie gotowano nam koninę, mięsa ile kto chciał mógł jeść. Duży pokój 5×6 wysłany grubo słomą służył nam na 40-stu chłopa jako sypialnia. Na noc wnoszono duży, okrągły drybus służący do prania, kiedyś kobiety na wsi w nim prały. Wstawiany był na środku pokoju i służył całą noc jako ubikacja. Wygłodniali ludzie objadali się koniną, żołądki nienormalnie pracowały, całą noc chodzili na drybus, okna pozamykane, nie wolno było otwierać, drzwi zamknięte na klucz. Smród niesamowity. Rano zjawiał się młody esesman z arapem w ręku, a wraz z nim pies, duży wilczur, po otwarciu drzwi wciskał się do środka. Padał rozkaz, żeby cały drybus klozet wypełniony po brzegi (zawartość około 200 l) brać na ramiona i ze śpiewem w ciasnych drzwiach trzeba było wynieść na podwórze i wylać do przygotowanego dołu. Opornych bił esesman swym arapem, a wilczur zaś z tyłu gryzł, szarpał odzież, kaleczył ciało. Ceremonia ta odbywała się co dzień rano.

Po paru tygodniach nieludzkiego nas traktowania i obchodzenia się z nami, wywieziono nas do Łodzi. W wielkich halach fabrycznych żeśmy nocowali, w których było bardzo gorąco, nie było mowy o spaniu. Przy końcu listopada załadowano nas do bardzo brudnych wagonów, służących do przewozu bydła i tuczników. Niesamowity smród, drzwi pozasuwane, bardzo małe okienka, ustęp ustawiono na miejscu w wagonie. Transport nie przystawał, bo uciekali ludzie na przystankach, do których strzelali wachmani jak do zajęcy. Po dwudniowej podróży znaleźliśmy się na terenie południowych Niemiec w Bawarii, w miejscowości Mosburg. Tu spotkało nas to samo co w Żyrardowie, zima, grudzień, padał śnieg. Zaczęto budować dla nas namioty. W każdym namiocie po kilkunastu jeńców wojennych, na ziemi gruba warstwa słomy. W nocy spać nie można było, gdyż się całą noc każdy drapał, każdy był zawszony i miał wszy. Jedzenie raz na dzień, suszone ziemniaki, woda i gdzieniegdzie przeleciał przez łyżkę liść kapusty.

I tu już powstało biuro, każdy jeniec podawał swoje nazwisko, imię, skąd pochodzi itd. i otrzymał nr jeńca wojennego, a więc otrzymałem nr jeńca: VII A 4980, Obóz Jeńców Wojskowych VII B Memmingen. Głodni, brudni, zawszeni czekaliśmy na jakąś poprawę i pomoc, która znikąd nie nadchodziła. Po paru tygodniach zjawili się pracodawcy, potrzebowali jeńców do robót budowlanych, remontowych i do prac rolnych do „bauerów”. A więc pracodawca wybierał sobie sam. Staliśmy wszyscy w szeregu, wybierał sobie młodych ludzi, a więc wybrał sobie 100 ludzi, do których i ja należałem.

A więc koleją przywieziono nas do miejscowości Ellzee, nieduża wieś niedaleko gór Alp, których śnieżne wierzchołki widniały na horyzoncie. A więc naszym zakwaterowaniem i naszym zamieszkaniem stał się stary młyn nad małą rzeką Günz, z dala od wioski. Pracowaliśmy w firmie budowlanej. Budowana była elektrownia wodna. Do pracy co dzień chodziliśmy czwórkami pieszo. Odległość 3 km w jedną stronę. Praca 8-godzinna. Pracować trzeba było, ale warunki nasze zmieniły się na lepsze. Przede wszystkim żywności wystarczało nam, nie byliśmy głodzeni. Wydano nam czystą bieliznę, mydło, proszek do prania, koce i podgłówki do spania, jak również dla każdego łóżko. W młynie tym pomieściliśmy się wszyscy. Łóżka dwupiętrowe, na środku duży piec do ogrzewania, przy którym, zwłaszcza nocą, pełniliśmy dyżury. Zaś w każdą sobotę pracowaliśmy krócej, o godzinie pierwszej szliśmy do baraku. A było co robić, najpierw z samym sobą, pranie bielizny, mycie się, kąpanie (mieliśmy dużą wannę ), golenie się, tylko że nie było czym, nie było żyletek. Ale mieliśmy wśród nas fachowca, który potrafił nóż wyostrzyć, żeśmy się wszyscy golili jednym nożem. Mycie co tydzień podłogi.

Co niedziela wolno nam było iść do kościoła. Ksiądz tutejszy odprawiał msze św. po łacinie, kazania w języku niemieckim. My zaś w kościele śpiewaliśmy pieśni polskie, których nas nie brak było uczyć. Jak również często śpiewano „Boże, coś Polskę” i inne, których śpiewać nam nie zabroniono. Zawsze do pracy, czy do kościoła szło z nami trzech wachmanów z karabinami na ramieniu. Jeden list wolno pisać było na miesiąc, rzadko dochodziły one do rodzin, mało o nich się wiedziało.