Stanisław Rochowicz - służba wojskowa

Wspomnienia Stanisława Rochowicza – Służba wojskowa, niepokoje i wybuch II wojny światowej, część 1

Wojna w mojej pamięci – wspomnienia Stanisława Rochowicza, męża Kunegundy, ojca Feliksa, Józefa, Kazimierza, Piotra i Andrzeja, osiedlonego po wojnie na Ziemiach Północnych w Kałdunach. Pisane w 1989 roku do Gromady-Rolnik Polski.

Nie będą to może tak ścisłe i dokładne moje wspomnienia z II wojny światowej zapoczątkowanej przez Niemcy hitlerowskie, w której uczestniczyłem jako żołnierz wyszkolony. 12 września miałem przyjść do cywila, natomiast 1 września 1939 wybuchła wojna, a więc w tym roku mija 50 lat od chwili wybuchu wojny. Obecnie mam lat 74 (mamy 1989 r.)

Służyłem w kawalerii – 3 Pułk Strzelców Konnych im. St. Czarnieckiego w Wołkowysku. Przeznaczono mnie do plutonu CKM w szwadronie, dowódca szwadronu – porucznik Łączyński; dowódca pułku – płk Filipowicz. Dowódca dywizji z siedzibą w Grodnie – generał Władysław Anders, zastępca – Franciszek Kleberg. Po rocznej służbie, po manewrach naszego pułku, w których uczestniczyłem w miejscowościach Lida, Słonim, Baranowicze, częściowo Puszcza Białowieska, i dzień, którego nie zapomnę, to przeprawa, przepłynięcie z końmi wpław przez rzekę Niemen. Jesienią w roku 1938 wysłano mnie na granicę polsko-rosyjską do miejscowości Budsław, gdzie pełniłem służbę w szwadronie kawalerii przy baonie piechoty. W tym czasie ukończyłem kurs minerski , na który byłem wysłany do Nowej Wilejki. Był to Korpus Ochrony Pogranicza. Dowódcą szwadronu był porucznik Przeździecki. Zaś w roku 1939 wczesną wiosną cały nasz szwadron, ludzie i konie, po zaprowiantowaniu nas, wywieziono na drugi koniec Polski. Nie wiedzieliśmy dokąd jedziemy, dopiero na miejscu w nocy po wyładowaniu koni z pociągu, dowiedzieliśmy się, że znajdujemy się w woj. łódzkim.

I tak od wiosny do września nie było spokoju, bo wciąż uciążliwe marsze w dzień, w nocy alarmy. Wciąż zmieniały się miejscowości, nowe zakwaterowanie, czyszczenie koni, czyszczenie broni, i tak w kółko. Tak, że krótko przed wybuchem wojny znaleźliśmy się w okolicach Praszki. Było to nieduże miasto, przez środek przepływała nieduża rzeka. Po jednej stronie rzeki część miasta należała do Niemiec, druga zaś do Polski. A więc nie mieliśmy spokoju, zwłaszcza w nocy, wystawiane posterunki i patrole w laskach przy głównej drodze biegnącej z Wielunia w stronę Praszki. Zaczęliśmy się okopywać i kopać rowy strzeleckie. Mieliśmy bardzo dobry punkt obserwacyjny, zwłaszcza nocą, gdyż nasze pozycje znajdowały się na wzniesieniu usianymi pagórkami. Na rozstawionych posterunkach dokładnie żeśmy zaobserwowali ruch wojsk niemieckich, huk motorów, czołgów, samochodów, motocykli, masa reflektorów i świateł. Nieprzyjaciel na szeroką skalę ściągał z głębi kraju swego i gromadził sprzęt wojenny. Byliśmy już przekonani i świadomi, że wojna tuż przed nami.

Rano o świcie w dniu 1 września szwadron w kolejce czeka przed kuchnią polową na rozlanie kawy przez kucharzy do naszych menażek. Naraz pada rozkaz wachmistrza Konowalskiego, który pochodził z poznańskiego. Alarm. Szybko siodłać konie. Niemcy wypowiedzieli wojnę. Trzeba było wylewać kawę i w błyskawicznym tempie siodłać konie. Wnet stanęliśmy w szyku bojowym. Pada rozkaz, do walki pieszo z koni. Koniowodni z końmi ukryli się w pobliskich laskach. A więc okopujemy się przed nieprzyjacielem. Dzień przed wojną wydano nam po 90 szt. ostrej amunicji do karabinów pięciostrzałowych , jakie posiadała kawaleria. Niestety oporu nie mogliśmy stawiać długo, po dwugodzinnej strzelaninie musieliśmy się wycofywać przed nieprzyjacielem uzbrojonym po zęby. 1 karabin maszynowy na 5 żołnierzy chłodzony zimnym powietrzem, u nas zaś 3 ckm-y na 120 chłopa, chłodzone lufy zimną wodą, której na niektórych odcinkach frontu szukać trzeba było z powodu suchej jesieni, i wówczas pięknej jesieni, bo dużo słońca było. Nasze ckm-y to Maksymy, po wystrzeleniu 5000 kul rozpalały się do czerwoności. Na odcinku naszym było tylko jedno działo polowe i jedna armatka przeciwpancerna. Na przedpolu naszym zaczęły się pojawiać ze strony nieprzyjaciela małe czołgi, prawdopodobnie jedenastotonowe. I wówczas miał pole do popisu nasz plutonowy, zawodowy podoficer i wyborowy strzelec, plutonowy Kępa rodem z poznańskiego.

Nasze armatki przeciwpancerne miały tę zaletę, że były bardzo celne. Gdzie jaki się pojawił czołg, plutonowy zdążył się z nim rozprawić, po wystrzeleniu z działka widać było kłęby dymu wydobywające się z czołgu i tuman kurzu z piaskiem. Ale niestety na odcinku naszym była tylko jedna armatka przeciwpancerna. Niestety nieprzyjaciela nie można było powstrzymać. Dotarliśmy do rzeki Warty. Tu nad rzeką tą napotkaliśmy na przerażający nas widok, uciekających cywilów w popłochu przed Niemcami. Bardzo dużo furmanek, starych ludzi, płaczące matki z małymi dziećmi w pierzynach na wozach, a jeszcze straszniejsze to nadlatujące samoloty nieprzyjacielskie ostrzeliwały z broni pokładowej wszystkie furmanki z dziećmi, starcami i ludnością cywilną, istny sądny dzień, jęk, płacz dzieci i matek, unoszący się tuman kurzu i piór z pierzyn. Po barbarzyńskim nalocie odlatywały dalej, pozostawiając rannych i zabitych. Natomiast straty wojska nie były duże, gdyż przed samolotami zdążyliśmy się zawsze ukryć, naturalnie gdzie były drzewa, bo gdzie był teren bez drzew, wtedy było groźnie podczas nalotu samolotów. Straszny widok przed naszymi oczami, wokoło palące się wioski, miasta, kłęby dymu unoszące się w powietrzu, świst kul, rozrywające się pociski artyleryjskie, strach, lęk i przerażenie już odczułem w pierwszych dniach wojny. Moje drżące ręce dały o tym znak do dnia dzisiejszego. Patrząc na te łuny pożarów, przypomniała mi się piosenka, której uczyłem się w szkole: „Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniej do Ciebie Panie wznoszę ten głos”. Nad Wartą już przestał nasz szwadron istnieć, konie nasze zostały przez broń maszynową wroga wyrżnięte, jak również koniowodni z nimi razem. Zostało nas zaledwie kilku.

W Tomaszowie Mazowieckim został sformowany pułk szwadronów, oddziałów i pododdziałów. Z nowo formowanym pułkiem udaliśmy się w stronę Warszawy. Jednak blisko Warszawy nie chciano nas wpuścić do centrum miasta. Było to na Błoniu, prawdopodobnie koloniści niemieccy strzelali do nas z broni maszynowej. Ale szturmem żeśmy zaatakowali i zdobyli przedpole Błonia bez żadnych strat. W Warszawie zaś przed ambasadą obcych państw zajmowaliśmy stanowisko przygotowane dla nas do obrony przed nalotami samolotów nieprzyjacielskich, pozostawione ckm-y, nam zaś do karabinów zwykłych wydano kule ostre, przeciwpancerne, i urządzenia przez które dokładnie można było strzelać do samolotu. Samoloty nieprzyjaciela krążyły nad stolicą bardzo wysoko. Dzień był słoneczny, niebo błękitne, widoczność dobra. Nasza artyleria przeciwlotnicza broniła Warszawy. Raz po raz rozrywały się kule błękitnego nieba. Samoloty nie obniżały się z powodu dobrej obrony z naszych dział. Maszerując przez Warszawę napotykaliśmy na ulicach duże leje, dziury, z których lała się woda, zalewając ulice.

Po kilkugodzinnym marszu znaleźliśmy się w Spale, letniej rezydencji Prezydenta Polski Mościckiego. Tu na miejscu ujrzeliśmy niesamowity obraz bombardowania nieprzyjacielskich samolotów. Szczątki drzewa i palących się desek, papierów i paczek porozrzucanych na ulicy, zaś rezydencja nie była spalona, nie trafiły pociski nieprzyjaciela. Okna zaś powybijane, wewnątrz zaś szeroki korytarz. Wzdłuż korytarza wisiały jeszcze na ścianach piękne jelenie rogi i mnóstwo różnych ptaków leśnych. Zatykało w nosach od spalenizny z dymu i zgliszcz, opodal napotkaliśmy na ciała trzech oficerów polskich, twarze czarne, popaleni. Podczas ucieczki wyskakując oknami zostali zabici. Dowiedzieliśmy się, że tu mieścił się Główny Sztab Wojska Polskiego. W dalszym marszu w terenie bagnistym spotkaliśmy porzucone skrzynie z różnymi dokumentami, papierami, nowe radiostacje, telefony, zapalniki elektryczne, nowe taczanki, tj. wozy służące do ckm podczas jazdy konnej w kawalerii,, jak również nowych hełmów, w które podczas wojny zostaliśmy niezaopatrzeni, a chodziliśmy w normalnych czapkach rogatywkach w polówkach. Nie wiem dlaczego nie wydano nam hełmów, czy nie było w magazynach, czy niedbalstwo. Jak również wśród tego porzuconego sprzętu, pełno skrzyń pieniędzy, złotówek polskich w papierach. No cóż, przydałyby się, żołd nie był nam wypłacany. Kto miał nam wypłacać w tym nieładzie i pośpiechu. Co dzień zmieniali się ludzie, dołączali nieznani żołnierze i nowi dowódcy. Doszliśmy do Puszczy Kampinoskiej. Nie byliśmy tu sami. Było nas prawdopodobnie 3 dywizje kawalerii. Nieprzyjaciel zacieśniał pierścień wkoło puszczy. Bili się nasi żołnierze na różnych odcinkach puszczy. Pierścień z dnia na dzień zacieśniał się, sytuacja stawała się coraz groźniejsza.