Jpeg

Leonid Podhajski – Wspomnienia z okresu przebywania w obozie w Iławie w latach 1942-1945, część 2

Do panującego w obozie głodu i zimna dochodziły jeszcze różnego rodzaj moralne i cielesne znęcania się. Bicie więźnia przez wachmana, względnie niemiecki personel fachowy było na porządku dziennym.

Niekiedy formy postępowania wachmanów były tak okrutne, że wywoływały reakcję nawet u niektórych bardziej humanitarnych Niemców, co w obliczu panującego terroru i dla tych ostatnich było dość ryzykowne.

Nieco inaczej kształtowała się sytuacja robotników „firmowych”, tzn. zatrudnionych w przedsiębiorstwach. Płace były bardzo niskie. Od zarobków Polaków dokonywano specjalnych potrąceń. Ale nie miało zasadniczego znaczenia, gdyż pieniądze w zestawieniu z racjonowaniem żywności i innych artykułów konsumpcyjnych, nie miały dużego znaczenia.

Najbardziej dokuczał nam głód. Przy torach, na których pracowaliśmy, zlokalizowany był zakład przemysłu ziemniaczanego. Na torach kolejowych można było więc znaleźć nieco ziemniaków, rozrzuconych podczas transportu i wyładunku, często całkowicie zamarzniętych. Zbieraliśmy je po kryjomu i przynosiliśmy do baraków, gdzie następnie gotowaliśmy. Dla wielu z nas miało to duże znaczenie.

Sytuację głodową łagodzili również nieco robotnicy z terenów Ciechanowa i Sierpca. Zdobywali oni w jakiś sposób kartki na chleb i na różnych warunkach dzielili się z resztą kolegów.

W małych pokojach barakowych mieszkaliśmy po 10-12 osób. Panował zaduch, nie było wentylacji. Szczególnie ostro odczuwaliśmy to w okresie zimy. Pędziliśmy tak prymitywny tryb życia, że można je porównać jedynie do życia zwierząt, pozbawionych wolności, nędznie odżywianych, a nadmiernie eksploatowanych. W szczytach baraków znajdowały się pokoje, w których mieszkali Niemcy (po 1 osobie w pokoju), czuwający nad „bezpieczeństwem i ładem” w barakach.

W miarę możliwości utrzymywaliśmy kontakty z obywatelami radzieckimi, z których większość pochodziła spod Leningradu. Panował wśród nich dobry nastrój i wiara w ostateczne zwycięstwo. Trudne warunki, w jakich mieszkali i pracowali z dala od ojczyzny i najbliższych, nie załamały ich. Hart ducha manifestowali niejednokrotnie śpiewaniem piosenek rosyjskich, bojowych, odważnych. Niemcy wszelkimi sposobami starali się przeszkodzić naszym kontaktom z nimi. Pytali, co my, Polacy, mamy wspólnego z nimi. Odpowiedź była przecież taka logiczna i prosta – wspólnego wroga.

Zdarzały się także wypadki, że przychodzili do obozu gestapowcy i kogoś z naszych zabierali… na zawsze.

Nie przypominam sobie wielkich czynów bohaterskich na terenie obozu w walce z hitlerowcami, ale drobne, niepozorne szkody takie jak psucie urządzeń i narzędzi, maszyn, topienie ich w bagnach, złe, nieprawidłowe wykonywanie pracy itp. były stosowane wszędzie tam, gdzie sabotaż ten mógł (w naszych przewidywaniach) ujść bezkarnie.

W miarę trwania wojny i zbliżania się frontu wschodniego, sytuacja bytowa w obozie zaczęła ulegać poprawie. Niemcy potrzebowali dobrze i wydajnie pracującego robotnika, bez względu na jego przynależność narodową.

Sytuacja polityczna i ekonomiczna Rzeszy wymagała intensyfikacji produkcji, czego nie mogła uzyskać przy zamorzonych głodem robotnikach. Wpłynęły na to również i pewne wydarzenia polityczne. Z drugiej zaś strony zaostrzył się terror wszędzie tam, gdzie Niemcy podejrzewali o wrogą działalność polityczną, sabotaż i inne przejawy walki przeciwko interesom „wielkich” Niemiec.

Kapitulacja Włoch i Powstanie Warszawie, którego głuche pomruki dochodziły do nas wyraźnie, przywdziały na twarze Niemców nowe maski, dotychczas nie obserwowane. Widzieliśmy i słyszeliśmy, jak nasi wrogowie półgłosem, z ponurymi minami, komentowali między sobą bieg wydarzeń. Byliśmy całkowicie pozbawieni informacji o sytuacji politycznej i frontowej. Tym skrzętniej i wnikliwiej obserwowaliśmy zachowanie się Niemców, z którego wyciągaliśmy odpowiednie wnioski. Nauczyliśmy się trochę czytać po niemiecku, kupując niemieckie gazety. Wiedzieliśmy o roli Goebbelsa w Niemczech i podporządkowaniu mu całej prasy, ale zawsze rozpierała nas radość, gdy czytaliśmy w gazecie, że na froncie wschodnim to lub inne miasto „nach schwere, kräftige kämpfe planmäßig ist”.

Obserwowaliśmy również ruch na stacji kolejowej. Przez Iławę kierowano na wschód olbrzymie transporty wojskowe broni pancernej, w tym masę czołgów typu „Tygrys”. Z kolei, z dużą satysfakcją oglądaliśmy, gdy było to możliwe, wracające ze wschodu uszkodzone od pocisków wagony, często zakrwawione, wracały również podziurawione „Tygrysy”. Nadszedł czas, że zaczęliśmy debatować między sobą, jak budować? Dobrze czy źle? Być może budujemy już dla siebie…

W grudniu 1944 roku, pewnego ranka, na torach kolejowych i na drodze prowadzącej do stacji, stwierdziliśmy leje od zrzuconych w nocy bomb lotniczych. Była to pierwsza zauważona przez w Iławie oznaka działalności lotnictwa radzieckiego.

W styczniu 1945 roku widok na stacji i torach uległ radykalnej zmianie. To nie transporty wojskowe na wschód, tylko przedstawiciele „Herrenvolku”, z zagrabionym dobytkiem wracali na zachód, tam, skąd przyszli.

I przypomniała mi się nasza wojna obronna z 1939 roku i nasza ucieczka. To prawda, że Niemcy mocno górowali nad nami: liczbowo, w uzbrojeniu, w technice, byli silniejsi i lepsi w prowadzeniu wojny, ale i w ucieczce, którą zakończył się ich „Drang nach Osten”, byli również bez porównania lepsi. Trudno więc przedstawić obraz chaosu i nastrojów panujących wśród uciekinierów. Majster Ziedler, obserwując to, zapytał mnie, co zrobią z nim Rosjanie po wkroczeniu do Iławy. Pytanie takie należało postawić dużo wcześniej i to pod adresem Führera.

Jest 20 stycznia 1945 roku, godz. 5-ta rano. Łóżko moje stało przy ścianie, za którą mieszkał wspomniany poprzednio „anioł-stróż” – Niemiec. Przez ścianę słyszałem głos Lagerfuhrera, który wpadł w zdenerwowaniu i oznajmił Niemcowi, że „zwanzige sowietische Pancern haben deutsche Front durchgebrochen und nach Deutsch Eylau fahren”.

Pozrywaliśmy się z łóżek. Krótka narada… Co zrobią z nami Niemcy w obliczu zbliżających się czołgów radzieckich? Odpowiedź mogła być jedynie domniemana. Podjęliśmy decyzję i natychmiast pojedynczo zaczęliśmy opuszczać barak. Po 15 minutach byliśmy już w lesie, pomiędzy Iławą a Jabłonowem.

Minęło wiele lat. Pisane dzisiaj wspomnienia na pewno zaprowadzą moje myśli na tamte miejsca, których pamięć wywołuje łzy żalu i współczucia przepojone nienawiścią do wszystkiego, co nieludzkie.

Leonid Podhajski

Dodaj komentarz