parowozownia

Stanisław Panert – Wspomnienia z okresu okupacji, część 3

W końcu lutego 1944 r. podczas morderczej pracy w Jabłonowie opuściły mnie siły. Czułem, że słabnę. Wydawało mi się, że widzę przez mgłę, nogi trzęsły się i stawały się chwiejne, głowa opadała mi na piersi, wycieńczony głodem i ciężką pracą utraciłem przytomność. Gdy odzyskałem tyle sił, że mogłem się podnieść, zauważyłem, że leżałem w poprzek łóżka. Wokół mnie stali więźniowie. Chwilami wydawało mi się, że jestem w Jabłonowie.

Nie wiedziałem, jak znalazłem się w celi i co się ze mną stało. Opowiadano mi, jak mnie niesiono i jak wachman kazał zanieść mnie do trupiarni. Dnia następnego pozostałem sam w celi, głodny i osłabiony oraz zmarznięty. Wiedziałem, że już przyszedł czas umierać. Ciało moje było już obumarłe, z powodu głodowej opuchlizny nie byłem w stanie zdjąć spodni bez czyjejś pomocy. Na przeżycie wyroku nie miałem już żadnej nadziei. Wpadłem w depresję, przeklinałem własną matkę, po co mnie zrodziła, za co Niemcy tak się znęcają, co jest winien, aby w tym młodzieńczym wieku umierać. Łaknąłem chleba i wolności.

Po kilku dniach walki ze śmiercią Niemcy przerzucili mnie do celi wybrakowanych więźniów. Gdy wszedłem, przeraziłem się żyjących ludzkich szkieletów. Jeden młodzieniec wysokiego wzrostu leżał pod ławą, więźniowie klęczeli obok niego i odmawiali litanie, drugi więzień siedział na podłodze w kącie celi, skulony, ręce miał założone na kolanach, głowę wspartą na dłoniach i tak skonał w tym ponurym żyjącym grobowcu.

Natomiast ja czułem się coraz lepiej. Na rannym apelu zgłosiłem się do pracy. Wachman przydzielił mnie do pracy, do kolumny, która wyplatała z zielonej wikliny kosze do artyleryjskich pocisków. Po kilku dniach pracy ponownie osłabłem, nie byłem już zdolny do wykonywania jakichkolwiek prac. Wzmagała się gorączka, straciłem apetyt, opuchlizna codziennie była większa. Na polecenie sanitariusza zabrano mnie do sali chorych, gdzie upłynęło mi kilka tygodni.

Wiosenne słońce chodziło już większym łukiem po niebie, dni stawały się cieplejsze. Starałem się, aby siadać w blasku słonecznym, który przedostawał się przez okno zakratowane drutem kolczastym.

Z korytarza baraku dochodziły jakieś hałasy, szczękanie wiadrami, szuranie miotłami. Był to więzień, który zamiatał i zmieniał wodę w celach. Wszedł też do celi, w której ja byłem. Pozamiatał, zmienił wodę, usiadł, aby odpocząć chwileczkę i zaczął przewijać nowym opatrunkiem ranę na prawej nodze. Zdziwiło mnie to i spytałem: „Skąd ty to masz?”. Uśmiechnął się i powiedział, że ten, który go postrzelił, odwiedza go ukradkiem i przynosi mu nowe bandaże, daje chleb, kawałek słoniny i papierosy. Nie wierzyłem w to, co mówił, ale na dowód wyjął z kieszeni paczkę papierosów i poczęstował mnie. Pamiętam, że papierosy były lekko spłaszczone i miały złoty napis i złoty ustnik. Rozmawialiśmy też o ucieczce. Mówił, że gdyby nie psy, to starczyłoby mu sił, aby uciec. To on rzucił miskę na drogę i zrzucił pantofle z nóg i uciekał w kierunku doliny.

W iławskim obozie pracy był zwyczaj, że inspekcje przeprowadzał sam szef obozu Schulz. Na widok Niemca w mojej celi usiadłem na łóżku i oddałem mu hołd. Schulz zapytał mnie, skąd pochodzę, za co tu się znalazłem. Odpowiedziałem, że za udzielenie pomocy wojsku polskiemu. Dalej pytał, jaki jest mój zawód, skąd pochodzą moi rodzice, itp.

Kiedy się wszystkiego wypytał, powiedział mi, że dawno mnie już obserwował, że pochodzę ze szlachetnej rodziny, mam blond włosy, niebieskie oczy i białą cerę. Na jego pochlebstwa ośmieliłem się wstać z łóżka i pokazać obrzmiałe nogi. Powiedziałem mu, że jestem głodny i prosiłbym o kawałek chleba. Na prośbę moją Schulz nic nie odpowiedział i poszedł.

Po godzinie kalifaktor przyniósł mi chleb czerstwy, suchy jak glina spieczona na słońcu, rzucił na łóżko i powiedział: „Masz Panert, jedz”. Były to kawałki-połówki kromki, razem ze cztery bochenki. Na widok daru życia, nie jestem w stanie opisać radości serca mego, więc tylko, że coś we mnie drgnęło, coś mi szarpnęło piersi, niby to łkanie, oczy zaszły mi łzami, wszystko stało się mgliste i chleb przez mgłę widziałem. Jadłem, chleb kruszył mi się w ustach, jak kość potyliczna bawołu w szczękach lwicy. Gdy się najadłem, resztę chleba schowałem w siennik pod głowę. Przychodziły mi też myśli, aby zasnąć śmiertelnym snem, byleby nie głodować

W drugim dniu odczułem, że jest mi lepiej i cieplej. Trzeciego dnia poprosiłem o pracę. Kazano dołączyć mi się do więźniów, którzy rozładowywali wagony z węglem. Tego samego dnia stało mi się nieszczęście spadło bryła węgla i pokaleczyła mi nogi. Z ran spływała woda, a nie krew. Dziś mogę powiedzieć, że było to wielkie szczęście, opuchlizna nie podchodziła pod serce, lecz opadała.

Przy rozładowywaniu węgla pracowałem krótko, około trzech tygodni. Normy wykonywać nie mogłem z powodu silnego osłabienia. Na rannym apelu Schulz pytał więźniów, kto jest najsłabszy przy rozładunku węgla. Jeden z więźniów wskazał ręką na mnie. O Boże – zakapował mnie, koniec ze mną, pomyślałem. Kto jeszcze? – Hibner Władysław. Schulz kazał odejść nam od kolumny i stanąć twarzą do ściany, i tu w ułamku sekundy przedstawiły mi się wszystkie kary stosowane przez wachmanów, co z nami będzie, czy będziemy bici, czy nas potopią, czy zamkną do karca i głodem zamorzą.

Staliśmy jak straceńcy.

Gdy się wszyscy rozeszli z placu apelowego, kazano nam iść do celi. Około godz. 11:00 wyprowadził nas wachman. Na placu apelowym czekał na nas szef obozu Schulz. Na nasz widok uśmiechnął się, jego uśmiech przeraził mnie, po ciele przeszedł dreszcz, wystąpiła gęsia skórka, nogi stały się bezwładne. Pomyślałem – hakata, morderca czeka na nas. Wczoraj dał mi chleb, dziś będzie do mnie strzelał. „No, los sznel” – mówił do nas. Wyszliśmy za bramę w lewo. O Boże, prowadzi nas na śmierć, idziemy przerażeni i wystraszeni.

Duch, który się jeszcze kołatał w moim ciele, rwał się do ucieczki, niestety ciało było już za słabe. Władek ściskał mnie za rękę na znak, że żegna się. I tu nas coś wystraszyło. Jakiś trzask dobiegł do naszych uszu. Wydawało się, że Schulz repetuje parabellum. Doszliśmy do cywilnej kuchni, a tu ktoś krzyknął – halt. Obejrzałem się i zobaczyłem, że Schulz rozmawia w portierni z wachmanem.

Stanisław Panert

Dodaj komentarz