Jpeg

Stanisław Panert – Wspomnienia z okresu okupacji, część 2

Więźniowie, którzy chodzili w granatowych spodniach z żółtymi lampasami, byli to wykształceni, młodzi Niemcy, pełnili oni funkcje administracyjne obozu. Przestępstwem ich była dezercja z frontu wschodniego. Polacy chodzili w podartych łachmanach, były to mundury wojska polskiego farbowane na czarno. Więźniowie owijali się w worki papierowe po cemencie. Ja sam tak chodziłem do chwili zdrady.

Więzień zmarły z wycieńczenia ważył około 40 kg – 10 trupów ważyło 400 kg. Wózek był na terenie obozu do wywożenia trupów z baraków do trupiarni, jak sobie przypominam, trupiarnia stała za ***inką.

Sprawa wywiezienia więźnia w sztendrze parowozu – nie wierzę w to w żadnym wypadku. Więzień nie mógł zbliżyć się do parowozu, groziła za to kula w łeb bez ostrzeżenia. Podkładanie żywności nie jest prawdą, mnie nikt z zewnątrz nie pomógł. Do sprawy obozu, aby odkryć prawdę, trzeba podchodzić ostrożnie, bo to już czas zatarł ślad.

UCIECZKI Z OBOZU

Nasi chłopcy-bohaterowie wybierali odpowiednie dni do ucieczki. Mgliste, deszczowe, zawieje śnieżne, aby warunki atmosferyczne ochraniały przed strzałami wachmanów. Nadszedł pamiętny dzień 13 listopada 1943 roku. Dzień Stanisława był mglisty, lekko mroźny. Ten dzień był dniem wybranym, wymarzonym i oczekiwanym przez dwóch więźniów. Od godzin obiadowych zaczęła narastać szadź na gałązkach drzew, na drutach telegraficznych. Mgła stawała się rzadsza i bardziej przejrzysta, zrywał się też lekki powiew wiatru. Chłopcy nie zwracali uwagi na zmianę warunków atmosferycznych i oderwali się od kolumny jak strzała od cięciwy i biegli do wolności co tchu w piersiach, co sił w nogach, nie zwracając uwagi na krzyki wachmanów, na świst kul, które przeszywały powietrze nad głowami. Mgła, która miała ocalać, żeby mogli zmienić kierunek ucieczki, rozwiewał wiatr. W kolumnach powstało zamieszanie. Wachmani zaraz spędzili wszystkich więźniów do kupy i nikt nie miał prawa się ruszyć. Pilnowało nas dwóch wachmanów i czterech kapo. Dwóch wachmanów pobiegło za uciekającymi więźniami. Ten dzień nie był łaskawy dla nich. Były to ostatnie kroki, ostatnie tchnienia życia. W chwili, gdy więźniowie przebiegali przez szosę, szedł niemiecki żołnierz w kierunku Jabłonowa i jechał chłop wozem w dwa konie. Na krzyk wachmanów „halt, halt” żołnierz zatrzymał chłopa na wozie, wyprzągł konia, wsiadł i popędził za uciekającymi więźniami.

Chłopcy w tym panicznym strachu i szoku z przerażenia pomylili drogę ucieczki i wpadli w moczary porośnięte szuwarami, sitowiem i jakąś darniną, która zarywała się pod nogami. Żołnierz na koniu dopędził więźniów, z krótkiej broni oddał parę strzałów do więźniów w plecy. Po upływie godziny chłop przywiózł na wozie dwa trupy, które wachmani wywalili na ziemię jak ubitą zwierzynę. Stał też żołnierz morderca blady i zdenerwowany. Wachmani dali rozkaz więźniom, aby wsiedli do wagonów. Do przedziału, w którym ja siedziałem, przyniesiono dwa ciała kolegów, bosych, z gołymi głowami. Ciała były ciepłe, usta i oczy były zamknięte. Na piersiach mundury były lekko nasiąknięte krwią. Chłopców zamordowano na północny-wschód – 200 m. od stacji kolejowej Jabłonowo.

***

Druga ucieczka młodego chłopca była udana. Około godziny 11:00 młody więzień pochodzenia warszawskiego poprosił wachmana, żeby wskazał mu miejsce, gdzie może się załatwić. Wachman ręką wskazał w kierunku rozwalonych beczek, które stały i leżały obok domu, który stoi 150 m. od stacji kolejowej w Jabłonowie. Więzień poszedł. Po chwili wybiega Niemka i krzyczy, płacze i lamentuje, że to jej mieszkania wszedł więzień, w ręku trzymał żelaznego pręta. Zagroził jej i dzieciom, żę jak będą krzyczeć, to ich zabije. Postawił wszystkich twarzą do ściany, ubrał się w mundur męża, zabrał pistolet i dokumenty, wsiadł w pociąg w kierunku Poznania i wszelki ślad po nim zaginął.

***

W połowie grudnia 1943 roku po skończonej pracy w Jabłonowie jechaliśmy pociągiem w kierunku Iławy. Podczas jazdy rozszalała się burza śnieżna. Jeden więzień poprosił wachmana, aby mógł skorzystać z ubikacji. Wachman zgodził się. Więzień poszedł, zamknął drzwi, a na określony czas nie wrócił. Wachman przy pomocy kapo rozwalili drzwi ubikacji, lecz więźnia już tam nie było. Wachmani krzyczeli na maszynistę, że ma zatrzymać pociąg, strzelali do więźnia, ale w ciemność. Pociąg biegł, więzień pozostał i zaginął w szalejącej burzy śnieżnej.

***

Czwarta ucieczka zakończyła się tragicznie. Rankiem o szarej godzinie szliśmy do pracy. W chwili, gdy wchodziliśmy ścieżką na nasyp kolejowy, młody więzień rzucił na drogę miskę, zrzucił z nóg pantofle i zaczął uciekać w kierunku doliny. Niestety, kula karabinowa wyprzedziła go za trzecim wystrzałem i rozwaliła mu kostkę prawej nogi.

Powalony strzałami, zbroczony w krwi, zrywał się do ucieczki jak ptak do wolności. Na huk, który rozległ się echem wśród baraków wybiegło dwóch wachmanów z psami, chłopak został ujęty i doprowadzony do obozu. Wystrzyżono mu krzyż na głowie, oddano go na tortury wymyślane przez oprawców. Rozebrany do naga musiał stać jedną dobę głodno w mroźnej celi, ręce do tyłu w kajdany miał skute, był siny i czarny, skrwawiony i opuchnięty. Mimo wszelkich zabiegów śmiertelnych, jakie oprawcy zastosowali, chłopiec przeżył.

***

Nim dzień wstał, świat był już naszpikowany przekleństwem, strzałami i trupami. W połowie czerwca 1944 roku o świcie wachman w starszym wieku strzelał z karabinu ręcznego w kierunku południowo-wschodnim. Przerażeni więźniowie bezszelestnie pozrywali się ze snu i na palcach podchodzili do okien, co się dzieje, do kogo się strzela. Otóż okazało się, że jeden więzień z piątej celi obliczał sobie przez trzy tygodnie obchód wachmanów w około baraku i doszedł do wniosku, że najwolniej obchodzi najstarszy wiekiem wachman w okularach. Gdy wachman był po drugiej stronie baraku, podejmował decyzję położyć na szalę szczęścia własne życie. Tak marzył sobie: „jeżeli nie ucieknę z obozu, zginę głodową śmiercią, jeżeli ucieknę a zostanę ujęty, zabije mnie, a jak się uda – będę żył i wierzył, że będę żył”. W tej chwili minął wachman okno więźnia, teraz zdecydował, otworzył okno, rozplątał drut kolczasty i skok przez okno, biegiem do płotu, skok przez płot, przez drut kolczasty, odetchnął, jestem wolnym.

Niemiec zorientował się, co się dzieje, chłopiec był już w dolinie otulony poranną mgłą. Powyżej doliny rosło piękne wysokie żyto, wachman strzelał do więźnia na odległość „ca” 200 mtr. Chłopiec na huk karabinu padł i czołgał się w życie. W innym kierunku podniósł się i biegł wachman – strzela, chłopiec pada. Do strzelającego podchodzi drugi wachman i pyta, ilu uciekło, strzelający odpowiada: „piąty już nie żyje” i znów przyłożył się i oddał strzał i mówił – „szósty już jest precz” – więzień pada i czołga się, aby bliżej i zdążyć za zabudowanie gospodarcze, które stoi jeszcze do dnia dzisiejszego.

Chłopiec wierzył, że będzie żył, zdążył uciec i żył.

Stanisław Panert

Dodaj komentarz