Jpeg

Stanisław Panert – Wspomnienia z okresu okupacji, część 1

Do Iławy przywieziono nas ze Sztumu pod koniec października 1943 roku. Na miejsce zjechaliśmy o zachodzie słońca. Prowadził nas sam szef Schulc. Szliśmy przez tory kolejowe, był to kawał drogi. Do obozu zaszliśmy o szarej godzinie, wprowadzono nas do baraku „A”. Zamknięto nas do celi pierwszej. Po lewej stronie baraku czekało na nas trzech kapo. Wypytywali się, co na wolności słychać, co się dzieje na froncie wschodnim. Ja mówiłem, że nie wiem, z powodu tego, że pół roku temu utraciłem wolność. Dali nam spokój. Drudzy opowiadali bajeczki wrogo nastawione przeciw Niemcom. Tymi plotkami narazili się na własne życie. Na miskach więziennych dano nam kolację. W smaku było podobne do ryb, do żab, w ustach śliskie jak maślaki. W celi było ciemno i czort wie, co to było. Później dowiedziałem się, że były to ślimaki.

Po kolacji rozdzielono nas po celach. Dla mnie przypadła cela czwarta, po prawej stronie baraku. Moich towarzyszy do końca przebywania w obozie nie widziałem. Od tej chwili zaczęła się zgroza i strach o własne życie. Gdy mnie prowadzono do celi, widziałem kupę trupów na wysokości więziennego stołu, długość na czterech leżących chłopów. Leżeli przy dużym, który był napełniony po brzegi wodą. W tym okrawie topiono więźniów. „Szwab” pochwycił żelaznymi szponami więźnia z tyłu za głowę, przydusił do wody, potrzymał 2-3 minuty i więzień był gotowy. I następny. Tak załatwiano więźniów bez krzyku. Nocą słyszałem przerażające krzyki z trzeciej celi: „ratunku, ludzie”, „ludzie, ratujcie nas”. Po chwili ludzkie głosy ucichły, jakby się oddalały w przestworza. Słychać jeszcze było trzask biczy i oddech ziejących byków, szuranie butów, podobne było do ubitego zwierza, który dogorywa. Kto bił, kto krzyczał, nie wiem. Była noc i cela zamknięta.

Rano o godz. 5:00 pobudka. Kto żył, wyjść musiał na apel w gołej głowie, bez koszuli, ustawić się w szeregi, odliczyć, wachmani odliczali. Czas upływał, ludzie się trzęśli z zimna – jak galareta, padali jak muchy, wachman podchodził do leżącego więźnia, kopał go lub przydeptywał palec, albo wchodził na piersi. Niestety, więzień nie żył.

Na komendę „w lewo zwrot, marsz do łaźni” szybko trzeba było się myć. Kto nie zdążył, oblał go wachman z wiadra lodowatą wodą i miotłą szorował do krwi. „Wychodzić, ustawiać się, odliczyć, biegiem do baraku”. Tam szybko się ubierać, kawę – dwa, trzy razy połknąć i znów na apel, odliczyć, marsz na bocznicę kolejową do wagonu. Wożono nas do Jabłonowa, Mrągowa, Malborka i wielu innych miejscowości, których już nie pamiętam. W Jabłonowie poszerzaliśmy wykop do nowych torów. Była ustalona norma – urąbać suchej gliny osiem rolek do obiadu, pięć po obiedzie. Przy tej pracy więźniowie mdleli, padali, przewracali się z wyczerpania.

Była jeszcze inna praca, tak zwane kufrowanie. Spod każdej szweli (podkładu) wybierano ziemię do odpowiedniej głębokości i nasypywano kamieni. Była też norma, ale już nie pamiętam, ile trzeba było zrobić, aby tę normę wykonać. Kto nie wykonał, nie otrzymał obiadu. Musiał stać na baczność przez całą przerwę obiadową. Obiady były pod wszelką krytyką:

poniedziałek – kapusta słodka
wtorek – kapusta kwaśna
środa – brukiew
czwartek – buraki z liśćmi
piątek – rzadka kasza
sobota – kapusta kwaszona
niedziela – rzadka zupa z grochu polnego

W Jabłonowie po prawej stronie torów kolejowych jest usypany kopiec z gliny, która pochodzi z poszerzonego wykopu. Ja tam pracowałem, aż do całkowitego wykończenia. Za ciężką pracę więźniów była taka zapłata. Po wieczornym apelu w porze nocnej zebrali się oprawcy, otworzyli drzwi do celi, wywołali więźnia po nazwisku, były to ostatnie kroki więźnia do celi trzeciej, zwanej „katorgą”. Stała tam ciężka ława dębowa. Więźniowi związywali ręce do tyłu drutem lub jakimś sznurem, twarz obwiązano ręcznikiem mokrym, więzień musiał uklęknąć na podłogę, przełożyć się przez ławę. Wachman brał głowę pomiędzy nogi i szponami przyduszał, aby się nie wyrwał. Dwóch katów stanęło naprzeciw siebie, więzień w środku klęczał. I zaczynali bić bykowcami od stóp do głowy. Słychać było przerażający krzyk więźnia, chrapanie i zadyszany oddech wachamnów. Krzyk więźnia słabł, jakby głos jego się oddalał. Oprawców oddech zmieniał się w ziejącego smoka. Słychać było już nie krzyk, ale wrzask przestrachu, jęki, grzmot uderzeń, zgrzyt i szuranie butami.

Rano przed pracą pokazali nam i mówili, że jak nie będziemy robili, to nas taka sama kara czeka. Któż mógłby jednym rzutem oka ocenić, kto mógłby wszystkich policzyć. Ciała leżały jedne na drugich, obnażone do naga, niektóre ciała jeszcze drgały, inne ciała piersiami chwytały powietrze, cała kupa ciał w agonii. Własnego dziecka matka by nie poznała. Nie było miejsca zdrowego. Ciała z tyłu ubrudzone kałem, z przodu krew z moczem, z ust ślina z krwią, z nosa i uszu krew. Nie było silnych, żeby się oprzeć, nie było Boga, żeby ocalił. Więzień był bez prawa.

Jest styczeń 1944 roku. Do ciężkich prac mnie już nie brano z powodu wycieńczenia i opuchlizny nóg. Włosy z głowy wyszły mi. Po wyjściu z obozu porósł meszek.

W baraku nocą nie można było spać, ani w dzień przebywać. Była plaga wszy i pluskiew. Po nocy palce prawej i lewej ręki były skrwawione i śmierdzące od zmiażdżania napitej plagi.

W marcu Niemcy wszystkich żyjących wypędzili na dwór, z zimna ludzie się trzęśli. W każdej celi na dwóch cegłach stawiali miskę z proszkiem czy z płynem i zapalali. Gaz ten miał wytruć pluskwy i wszy.

Niestety, pluskwy i wszy zostały, a ludność zmniejszyla się. Do baraku napędzali siłą. Gaz gryzł w oczy, nozdrza wysychały do krwi, w gardle piekło, zrozumieliśmy, że do rana nikt z nas żywy nie zastanie.

Dnia następnego rano widziałem bardzo dużo trupów powynoszonych na korytarz. Ja miałem łóżko przy oknie, całą noc przeleżałem na prawym boku, a nosem dotykałem do szyby, aby czerpać mroźne powietrze.

Pamiętam jedną noc, która była ciepła i ciemna. Nie mogłem spać z powodu plagi wszy i pluskiew. Gryzły bez litości. W parowozowni syczały, dmuchały lokomotywy, z tego hałasu wyłaniał się głuchy warkot samolotu. Coraz był głośniejszy, silniejszy, tak, że swym warkotem zagłuszył hałas z parowozowni. W jednej chwili błysk i potężny huk. W celi pozrywali się więźniowie, były szepty, szmery, wzdychanie. Powoli następowała cisza wewnątrz i na zewnątrz obozu. Dnia następnego Niemcy chodzili oglądać leżące bomby, które nie wybuchły. Spadły trzy, jedna wybuchła, a dwie leżały jak na pastwisku. I tak przeminął rok, jak przeminęła zorza, która zalała niebo. Tak ziemię zalała krew.

Stanisław Panert

Trzcianka, czerwiec 1982

Dodaj komentarz