Clipboard02

Wspomnienia Hansa von Lehndorffa

W ostatnich dniach trafiło mi się kilka jazd samochodem, odbytych z milicją. Najpierw jechaliśmy „sanitarką” do Deutsch Eylau, zwanego Iławą, do postrzelonego funkcjonariusza UB. To piękne miasto jest niewyobrażalnie zniszczone i właściwie rozpoznaje się je tylko po jeziorze. Na szczęście nie musiałem zbyt długo przebywać w niesamowicie groźnej atmosferze UB, gdyż sprawę udało się szybko załatwić i mężczyzne zabraliśmy ze sobą. W drodze powrotnej na skutek spożytego alkoholu jazda odbywała się znowu w oszałamiającym tempie. Tylko raz było ostre hamowanie, kiedy zbierali rozjechanego zająca.

[…]

Krótko przed Bożym Narodzeniem jeszcze jedna jazda samochodem do Deutsch Eylau. Mamy zabrać dwóch chorych z Raudnitzu. W Deutsch Eylau wysiadam i odwiedzam Panią F., dawną właścicielkę zakładu fryzjerskiego, która ma mi uszyć grubą kurtkę. W ramach zapłaty sporządzę jej parę butów i dołożę trochę pieniędzy. Mieszka w jednym z małych drewnianych domów na palach nad brzegiem jeziora. Przebywają tam też pozostali Niemcy, siedząc w czymś w rodzaju getta. Centrum miasta jest zniszczone. Polacy mieszkają na peryferiach. Dostałem unrrowską koszulę, a jeden z pacjentów zrobił mi skórzane buty, tak więc mój ubiór jest już prawie normalny. Poza tym zdobyliśmy mnóstwo materiałów na prezenty gwiazdkowe.

W imieniu mieszkańców Schwalgendorfu przeprowadziłem kilka transakcji w handlu wymiennym. Pani Tiedtke za przyniesioną mi po kryjomu lampę kwarcową dostała drugą kozę. Z braku elektryczności nie mogłem lampy wypróbować w szpitalu i dość lekkomyślnie dałem ją w dobrej wierze pewnemu pacjentowi, który twierdzi, że jest elektrykiem. Przez trzy dni nie miałem od niego żadnych wieści. Później nie dało się już ukryć, że lampa funkcjonuje, ponieważ człowiek chodził po mieście z ogniście czerwoną twarzą.

Bez ściągania na siebie uwagi udało mi się na rynku wytargować pięćdziesięciofuntowego prosiaka, a sprzedawca przyniósł mi go w umówione miejsce. Tam odebrała go Pani L., która w nocy przyszła z ręcznym wózkiem ze Schwalgendorfu. Kosztowało ją to pięć godzin marszu przez las, ale szczęśliwie dowiozła zdobycz i sprawiła wielką niespodziankę rodzicom.

Pracującą tu dentyskę poznalem przy okazji badania jej rocznego, chorego dziecka. Mówi płynnie po niemiecku i odnosię się do mnie nadzwyczaj uprzejmie. Z jej maszyny do borowania z nożnym napędem z ochotą korzystają też Rosjanie. Ona zaś nie daje się zastraszyć. Kiedy konieczne jest wyrwanie zęba, czasem wysyła ich do mnie. Jej mąż pracuje w Bydgoszczy. Można tam dotrzeć dwiema różnymi drogami, albo przez Toruń, co oznacza wielkie nadłożenie drogi, albo przez Marienwerder, co z kolei wymaga nieco odwagi. Bowiem nowy most kolejowy przez Wisłę, który pod rosyjskim nadzorem wybudowali niemieccy jeńcy wojenni, jest ponoć bardzo chwiejny i już kilkakrotnie niepokojąco trzeszczał na złączach.

[…]

10 kwietnia zjawia się u nas pewna znajoma, młoda Polka i donosi, że UB w Deutsch Eylau chciałoby ze mną jak najszybciej porozmawiać. Powinienem pojechać tam najbliższym pociągiem. Pytam, co to oznacza i czy nie powinienem od razu zniknąć. Ona zapewnia, że nie jest to konieczne, bo nie chodzi o mnie. Z mieszanymi uczuciami udaję się więc do paszczy lwa. Niezależnie od sprawy taka wizyta musi zawsze budzić wewnętrzny opór. Już sam wygląd tego lokalu wywołuje lęk. Każdy dźwięk dochodzący zza zamkniętych tam drzwi każe wyobrażać sobie coś okropnego. Nie zmienia się to nawet w momencie, kiedy nagle, stosunkowo uprzejmie, zwracają się do ciebie po niemiecku. To też może być podstęp. Tym razem jednak istotnie nie chodzi o mnie, lecz o stosunki panujące w naszym szpitalu. Udzielam skąpych informacji, ponieważ nie widzę powodu, by kogoś dezawuować. Szczególnie wnikliwie pytają o miejsce przechowywania alkoholu z amerykańskich darów. Nie zatajam przed nimi, że sami od czasu do czasu się nim częstujemy. Budzi to ich szalone rozbawienie. Nie wierząc własnym uszom, słyszę coś w rodzaju podziękowania za dotychczasową nieodpłatną pracę, a potem cały i zdrów stoję znowu na ulicy.

[…]

4 maja wczesnym rankiem zawezwano mnie do Brausenu do porodu. Był mróz przy wschodzącym słońcu. Właśnie chciałem się pożegnać, kiedy nadeszła wiadomość, że około dziesiątej pojawią się ciężarówki, którymi mają wszystkich przewieźć do obozu w Deutsch Eylau. Stamtąd mają być ponoć odtransportowani do Niemiec. Chciałem zaczekać i to zobaczyć. Rzeczywiście przyjechały ciężarówki i potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Każdemu wolno było zabrać tylko niewielki pakunek. Dołączyliśmy do tej grupy z panią Aust, choć liczbowo nie była uwzględniona.

[…]

Rano razem z byłym niemieckim żołnierzem, który pracował tu jako kowal, wędruję pod obstawą na dworzec. Towarzyszą nam ludzie, którzy przyjaźnie machają nam na pożegnanie. Jedziemy do Deutsch Eylau. Tam prowadzą nas do obozu, gdzie czekają już ludzie odtransportowani poprzedniego dnia.

Trzy dni czekamy na transport. Mają nas doczepić do pociągu, który przybęcie z Allensteinu. Właściwie nie wolno nam opuszczać obozu, ale milicjanci stale zabierają mnie do swych rodzin. Mam więc okazję wydać na żywność wszystkie polskie pieniądze, które w innym razie musiałbym oddać. Milicjanci wyrażają się bardzo sceptycznie o miejscu prznaczenia naszego transportu. Zwłaszcza zaś uważają, że to mało prawdopodobne, by mnie jako lekarza wypuszczono z Polski. Powinienem być więc przygotowany, że po drodze wyciągną mnie z transportu i zatrudnią gdzie indziej.

W obozie nieoczekiwanie dostajemy dwa razy dziennie zupę, a pożegnalny rabunek przebiega stosunkowo bezboleśnie. Na szczęście jest przy tym starosta, którego już poznałem jako przyjaznego człowieka. Zapobiega przynajmniej rozpruwaniu ubrań, choć to i owo, co zostało zaszyte, trzeba oddać. Bardzo chciałbym ocalić trzy srebrne pucharki i pytam starostę, co dałoby się zrobić. Własność państwa, trzeba oddać – odpowiada. Ponieważ jednak widnieje na nich moje nazwisko, sprawa staje się sporna. Starosta zastanawia się, w końcu daje znak szefowi grupy rabunkowej i akcja dobiega końca.

Zanim w końcu odprowadzają nas na dworzec, wydarza się coś niezwykłego. Musimy ustawić się w szeregu, około 400 ludzi, a potem starosta prosi mnie, żebym powiedział do zebranych kilka słów w jego imieniu. Zakłopotany pytam, co z grubsza ma na myśli. Na co on, że bardzo mu zależy, by podkreślić, iż sposób traktowania nas, Niemców, nie jest żadną szykaną, lecz wynika z przepisów. Niemcy też tak postępowali z Polakami. Dlatego musimy to odpokutować, choć może pojedyncze osoby nie zawiniły. Staję więc przed ludźmi i mówię mniej więcej tak: „Drodzy rodacy, posłuchajcie! Otóż panu staroście jest przykro, że w takich okolicznościach musimy opuszczać nasze strony ojczyste. On jednak nie może tego zmienić, ponieważ nasi ludzie przedtem tak samo postępowali z Polakami – niestety, to prawda. Chcielibyśmy mu jednak podziękować za dobrą zupę, którą dostawaliśmy w obozie, i poprosić, by zadbał o równie dobre potraktowanie następnego transportu. Miejmy nadzieję, że naprawdę jedziemy do Niemiec”.

Rosenberg, 6 sierpnia 1946 do maja 1947

Hans von Lehndorff, Dziennik z Prus Wschodnich. Zapiski lekarza z lat 1945-1947, Warszawa 2013.

fot. Iława w 1946 roku, autor nieznany

3 thoughts on “Wspomnienia Hansa von Lehndorffa

  1. Ciekawe wspomnienia. Sam zbieram podobne z mojego miasta Brodnicy (Strasburg Westpr.), Nowego Miasta, Lubawy, Lidzbarka Welskiego. W moim mieście akcja „rozwiązania problemu niemieckiego” przebiegała podobnie, choć większość z nich zginęła już w lutym za Świeciem nad Wisłą, gdzie mieli punkt ewakuacyjny (najpierw rozstrzelały ich radzieckie samoloty, apotem ogarnęły wojska lądowe i mało kto ocalał) i na zesłaniu w głąb Rosji, dokąd ich wywieziono razem z Polakami – Pomorzakami- autochtonami powiatu brodnickiego – razem blisko tysiąc osób. Oczywiście Brodnicę, podobnie jak Lidzbark, Nowie Miasto, Lubawę „wyzwoliciele” spalili i splądrowali już po zajęciu (m.in. ratusz, pałac Wazówny, kamienice na Mazurskiej itd.). Miasto zostało też doszczętnie obrabowane z wszelkich urządzeń technicznych (np. krasnoarmiejcy zdemontowali całą śródmiejską sieć energetyczną)….
    Gratuluję strony i życząc sukcesu w gromadzeniu materiałów – pozdrawiam serdecznie

    1. Wiadomo. Przedostał się do zachodniej strefy okupacyjnej i spędził życie jako lekarz, chirurg wielkiego autorytetu, pracując w szpitalu nieopodal Bonn.
      Zapraszam na rajd rowerowy śladami Hansa von Lehndorffa. 30 września. Tu strona: turnitzmuhle.pl

Odpowiedz na „Grzegorz CydejkoAnuluj pisanie odpowiedzi