raniszewska

Wspomnienia Haliny Raniszewskiej

Przed wojną mieszkałam w Krotoszynach, ale uczyłam się w Iławie, w szkole, która mieściła się przy dzisiejszej ulicy Narutowicza. To była szkoła „gospodarska”. Uczono nas tam gotowania, szycia, marynowania, pieczenia. Z koleżankami ze wsi mówiłyśmy słabo po niemiecku, więc dodatkowo uczono nas też języka. Czytałam i pisałam gotykiem. Miałyśmy specjalne korepetycje.

Po lekcjach dużo spacerowałyśmy po mieście. Ryneczek iławski to była „bombonierka”. Spędzałyśmy tam dużo czasu. To było piękne miejsce. Cudowne, kolorowe kamienice. Była tam taka kafejka, miejscowi pili w niej piwo przy okrągłych stoliczkach. Była kafejka, nazywała się „Cafe Trepnau”, można tam było wejść za okazaniem legitymacji. Z koleżankami marzyłyśmy o tym, by mieć te kilka lat więcej. Bardzo chciałyśmy wejść do środka.

Pamiętam też kino, chodziłam tam. A tam, gdzie dziś jest kinoteatr, tam chodziliśmy całymi klasami oglądać wystawy, głównie o zdrowiu. Już wtedy przestrzegano przed nowotworami. Iławę kochałam, bardzo lubiłam to miasto. Było tam tak zielono. Wszystkie miejsca były takie przytulne.

Pamiętam cmentarz przy poczcie. Inaczej Iława by dziś wyglądała, gdyby pozostał na swoim miejscu. To byłaby duża atrakcja, tak jak rzeźby, które przewieziono z Kamieńca. Inaczej też wyglądałby Kamieniec, gdyby rzeźby pozostały na swoim miejscu. Z dwojga złego dobrze, że jednak pojawiły się w Iławie. Kamieniec został zdemolowany, pałac, cały park. Wszyscy zdemolowali Rosjanie i, niestety, też Polacy.

Szkoda, że nie ma już kościoła, który stał przed ratuszem. To był kościół ewangelicki. Byłam tam raz na ślubie. Przyjechałam z Susza pociągiem na małą stację i pognałam prosto na ślub. To był bardzo ładny kościół. I z zewnątrz, i z wewnątrz. Obok był notariusz.

Iławę do dziś mam w sercu. Nie mogłam pogodzić się z tym, że miasto zostało tak bardzo zniszczone. I to moje kino, i te moje kawiarenki. Dziś stoją tam bloki, których nie powinno tam być. Uprzątnięty plac powinien pozostać pusty i czekać na lepsze czasy.

Po wojnie pojawiłam się w Iławie dopiero po przejściu frontu i gdy miasto zasiedlili pierwsi polscy osadnicy. Wtedy nie było już szabrowników. Oni byli niebezpieczni. Przed wojną było inaczej. Ludzie nie kradli, ludzie nie zabijali, nie było takiej nienawiści. Wojna zmieniła nas na zawsze. Pamiętam doskonale, że gdy rozpalałyśmy za wsią ognisko, potrafili przyjść do nas Niemcy. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, tańczyliśmy i śpiewaliśmy. Była zgoda graniczna. Wszyscy się szanowali.

Iława długo nie była odbudowywana. Miasto było zniszczone, spalone. Ludzie mówili, nawet jeszcze w latach pięćdziesiątych, że mogą wrócić tu Niemcy. Zmieniło się to dopiero pod koniec lat sześćdziesiątych. Wtedy zaczęto odbudowywać miasto. Podobnie było w Suszu.

Widziałam zamek w Szymbarku zaraz po spaleniu. Osadnicy, którzy przyjechali tu z centralnej Polski, rozbierali pałac cegła po cegle. Wyciągali z gruzów wszystko, co się dało. Byli też szabrownicy, którzy kradli wszystko. Przyjeżdżali, szabrowali i jechali dalej. Tak wyglądały pierwsze miesiące po wojnie. Rosjanie zrobili z nas nędzarzy. Wywieziono wszystko, całe fabryki. A Polacy, którzy przyjeżdżali z centralnej Polski czy z kresów, nas – Polaków spod Lubawy i Nowego Miasta – nie szanowali.

Halina Raniszewska
dla Internetowego Muzeum Iławy
www.ilawasprzedlat.pl

Dodaj komentarz