apolinaryszymkowiak

Wspomnienia Apolinarego Szymkowiaka

Iława jest taka sama, jaka była jeszcze w latach pięćdziesiątych, tylko piękniejsza. Jeśli chodzi o topografię ulic, zmieniło się tu niewiele. Każda osoba, która spacerowała po mieście sześćdziesiąt lat temu, z pewnością nie zbłądziłaby w nim i dziś.

To, co mogłoby każdego spacerowicza z lat pięćdziesiątych zdziwić, to brak kurzu i końskich kup na ulicach. Pamiętam z dzieciństwa ludzi z wielkimi miotłami brzozowymi, którzy zamiatali ulice.

Moja rodzina mieszka w Iławie od 1948 roku, choć ojciec pracował w miejscowym tartaku od już od 1946 roku. Pewnego razu dostał informację, że uruchomiono tartak i potrzebują ludzi do pracy. Początkowo pracował jako robotnik, później jako szlifierz i operator piły taśmowej i trakowej. Znał się na tym. W czasie wojny pracował w podobnym zakładzie w Niemczech. W Iławie pracował raz w tartaku raz na Biskupskiej, raz na Sienkiewicza.

W Iławie wszystkie domy i mieszkania były pozajmowane. Ludzie ciągnęli nad Jeziorak, bo okolica była piękna. Trzeba było czegoś poszukać i wyremontować. Rodzice znaleźli opuszczony dom przy ulicy Mickiewicza, który wyremontował mój ojciec. Przeprowadziliśmy się tam wszyscy w 1948 roku.

Iława była wtedy bardzo zniszczona, choć niektóre budynki były już odbudowywane. Ten proces trwał przez kolejne lata. Mnie jako młodego człowieka dziwiło to, że wszyscy musieli słuchać ludzi z opaskami na ręku. Dopiero później dowiedziałem się, że to byli aktywiści partyjni, którzy szpiegowali na rzecz partii, szukali dywersantów i donosili, komu się dało.

Jako dzieci nie mogliśmy wchodzić tam, gdzie chcieliśmy. Choć najlepsza zabawa była na gruzach budynków, przestrzegano nas przed niewybuchami. Z tamtych czasów pamiętam pociąg, który przejeżdżał przez Iławę, codziennie, w samo południe. Nazywaliśmy go „Luxtorpedą”. Miał taki opływowy kształt.

Do szkoły poszedłem mając siedem lat. To była szkoła „czerwona”, dzisiejsze Gimnazjum nr 1. Pamiętam, że 1 maja, wszyscy, bez wyjątku, musieliśmy chodzić na stadion, gdzie odbywały się patriotyczne festyny. Na jednym z nich straszono nas wielkimi karykaturami Trumana i Goebbelsa. Pamiętam też koncerty i różnego rodzaju występy, które odbywały się w muszli koncertowej za stadionem.

To miejsce tętniło życiem długo po wojnie. Tam się świętowało, a w dni powszednie biegło się po tartaku i okolicach małej stacji. Przez cały rok odjeżdżały stamtąd pociągi z deskami do Gdańska. Jesienią zwożono tam zbiory ze wsi: buraki cukrowe, marchew, kapustę, ziemniaki. Przynosiliśmy co nieco do domów. Można było z tego robić różne smakołyki.

Z czasem z „czerwonej” szkoły przeniesiono nas do „zielonej”, a następnie do podstawówki, która utworzono przy liceum. Byłem zadowolony, bo miałem tam bardzo blisko. Niedługo potem przy szkole zaczęto budować internat. Chodziliśmy tam z kolegami na wykopaliska. W gruzach starych willi znaleźliśmy sejf. Jeden z kolegów wykopał nawet złote monety. A srebrnych krążków mieliśmy tyle, że graliśmy tymi monetami rzucając nimi o ścianę. Ktoś jednak się wygadał. Swoje skarby utopiłem. W tym czasie znaleźliśmy też w gruzach przy dawnej Kaiserstrasse sejf z papierami niemieckimi. Uznaliśmy, że są nic nie warte i podpaliliśmy je. Wybuchł pożar, który trzeba było ugasić.

Z ciekawostek pamiętam zegar na wieży w budynku przy przejeździe kolejowym. Nakręcałem go wiele razy. Później go rozebrano. Dlaczego? Tego nie wiadomo. Pamiętam cmentarz przy dzisiejszej ulicy Niepodległości i kościół obok ratusza. Byłem w nim. Jego wnętrze było surowe, a zarazem piękne. Przez długie, smukłe okna niewiele światła wpadało do środka. Na jednej ze ścian był drewniany balkon, zdobiły go rzeźby i malowidła w kolorze złotym, błękitnym i białym. Pod balkonem była rzeźbiona ambona. Za prezbiterium był ołtarz. To chyba najbardziej tajemnicza część tego kościoła. Był schowany. Rozświetlały go jedynie promienie słońca. Brakuje go w dzisiejszej Iławie.

Apolinary Szymkowiak
dla Internetowego Muzeum Iławy
www.ilawasprzedlat.pl

Dodaj komentarz