kronprinz

Tajna akcja rotmistrza Żychlińskiego

Późnym wieczorem 9 lipca 1920 roku Jan Żychliński opuścił swój pokój w hotelu „Kronprinz” i ciasnymi uliczkami iławskiej starówki przeszedł w stronę mostu wychodzącego z Riesenburger Straße. Po kilku minutach równego marszu, zupełnie niezauważony, znalazł się w poprzecinanym przez wąskie alejki miejskim lasku, tuż przy małym dworcu kolejowym.

Jedną z wydeptanych ścieżek zszedł w dół, by stromym nasypem kolejowym, wzdłuż niewielkiego cieku wodnego, który wyznaczał jednocześnie granicę znajdującego się na obrzeżach miasta tartaku, przedostać się do kompleksu leśnego okalającego Iławę od północnego zachodu. Był spokojny. Drogę znał doskonale. Pokonał ją zeszłej nocy, gdy z torbą pełną materiałów wybuchowych przedzierał się w stronę wiaduktu kolejowego, w okolicy którego składował przemycone przez „zieloną” granicę broń i granaty. Nie spodziewał się zresztą, że spotka tu kogokolwiek. Na dobę przed plebiscytem, który zadecydować miał o przynależności państwowej Warmii, Mazur i Powiśla, ludność niemiecka obawiała się polskich prowokacji. O tej porze nikt ze zwykłych, szarych mieszkańców, politycznie i propagandowo niezaangażowanych, nie wychodził na ulice (a już na pewno nie poza granice miasta), by nie stać się przypadkowym uczestnikiem zaimprowizowanych przez obie strony pochodów, marszów czy wieców, które szczególnie w tych dniach mogły zakończyć się krwawymi rozruchami. Niemcy wiedzieli zresztą, że tuż nad granicą terytorium plebiscytowego stacjonuje znaczna ilość polskich żołnierzy. Obawiano się, że w razie niemieckich prowokacji Polacy mogą przekroczyć Drwęcę i ruszyć na Iławę.

Pod wiaduktem kolejowym czekał już na Żychlińskiego porucznik Czarliński – ze strony polskiej komendant kompanii policji plebiscytowej w Iławie. Żychliński odkopał torbę z ładunkami wybuchowymi, zabrał ze skrytki dwa małe francuskie rewolwery automatyczne i dwa granaty i wzdłuż torów kolejowych ruszył z Czarlińskim na północny zachód, w stronę pierwszej stacji kolejowej – Sommerau.

Rotmistrz Żychliński już od kilku dni przekazywał łącznikom informacje o wzmożonym ruchu pociągów na trasie Iława – Malbork. Z Malborka, jak się okazało, przybywali do Iławy a stąd dalej, w głąb Prus Wschodnich, mieszkańcy pozostałych regionów Niemiec, w tym też Wolnego Miasta Gdańska, którym umożliwiono udział w plebiscycie.

Zwierzchnicy Żychlińskiego nie czekali długo z podjęciem decyzji. Rozkazali rotmistrzowi wysadzić fragment torów kolejowych w takim miejscu, by na dobę przed plebiscytem uniemożliwić dojazd niemieckich pociągów do iławskiego dworca. Rozkaz przekazali łącznicy, którzy przedzierali się na obszar plebiscytowy przez „zieloną” granicę od strony Lubawy. Tym razem, poza nowymi dyspozycjami ze strony polskiej, mieli dla rotmistrza Żychlińskiego materiały wybuchowe, francuskie granaty ręczne oraz małe rewolwery automatyczne systemu francuskiego, kaliber 7,65.

Pokonanie odcinka do Ząbrowa nie było trudne i nie zabrało Polakom dużo czasu. Nie było też większych problemów przy przeprawieniu się przez wieś. Po kilku godzinach nocnego marszu skrajem torów kolejowych Żychliński z Czarlińskim dotarli do niewielkiego mostku kolejowego, powstałego zapewne w czasie budowy linii w stronę Malborka. Wokół rozciągały się jedynie łąki i pola; po czerwcowych opadach deszczu ziemia była jeszcze grząska. Naprawa torów w tym miejscu musiałaby zająć Niemcom co najmniej kilkanaście godzin.

Ładunki po obu stronach pobudowanego z czerwonej cegły mostku podłożył rotmistrz Żychliński. Porucznik Czarliński czuwał w tym czasie, czy nikt nie zbliża się w ich kierunku od strony Ząbrowa i obsadzonego zdemobilizowanymi żołnierzami Szymbarka. Gdy huk eksplozji dotarł do pobliskich wsi a setki kilogramów gruzu i stali zwaliły się do niewielkiego cieku wodnego, Polacy byli już kilkaset metrów dalej i kierowali się w stronę najbliższego kompleksu leśnego. Po kilku godzinach nocnego marszu gęstym lasem bez żadnych przeszkód dotarli do Iławy. „Narobiło to Niemcom wielkiego bałaganu – pisał później Jan Żychliński – ale nikogo nie mogli złapać”.

Tak mogła wyglądać jedna z wielu akcji agentów polskiego wywiadu na terenach plebiscytowych i jedna z niewielu tak spektakularnych. Działalność wywiadowcza ograniczała się bowiem w większości do inwigilowania środowisk antypolskich i pozyskiwania informacji o niemieckich przygotowaniach do plebiscytu. O działaniach licznej grupy polskich wywiadowców w dawnym powiecie suskim świadczą zachowane do dziś dokumenty, w tym wiele poufnych raportów i sprawozdań, które ukazują nam pewien zarys działań polskiego wywiadu do połowy 1920 roku.

W ściśle tajnym raporcie sporządzonym 29 marca 1920 roku przez kierownika posterunku informacyjnego w Działdowie (działalność wywiadowczą na terenie Prus Wschodnich prowadziła w tym czasie Ekspozytura II Oddziału Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego w Grudziądzu, której podlegały graniczne posterunki informacyjne w Działdowie, Tczewie i Chojnicach) pojawia się informacja o działającej na terenach plebiscytowych organizacji antypolskiej z siedzibą w Suszu. Kierował nią major Oldenburg-Januschau. W Suszu mieściło się też niemieckie biuro wywiadowcze, w którym pracowali porucznik Herndorf, Liebic, Fahl, Groll i Zemke – nadleśniczy majątku rodziny Finckenstein. Akcję rozbijania wieców polskich prowadził natomiast inspektor Weissberger (lub Weisberger) z Januszewa a koordynatorami wszelkich działań antypolskich w okolicy byli generał Finck von Finckenstein oraz hrabiowie Dohna i Brüneck. W tym samym raporcie pojawiają się też pierwsze informacje o składowanej przez Niemców broni. Broń na potrzeby bojówek niemieckich gromadzono między innymi w Zalewie, Ząbrowie (zapasy karabinów maszynowych i granatów u pastora, karczmarza Pękali i żandarma Kirtza), Suszu (skład broni u urzędnika sądowego Makowskiego, ekspedytora Jabłonowskiego i nauczyciela Ziebrocka), Brusinach (12 karabinów maszynowych) oraz, co wynika już z innych dokumentów, Radomku (karabin maszynowy i dwa wozy z amunicją u leśniczego Lessmana).

W raporcie wywiadowczym Oddziału II Naczelnej Komendy Straży Mazurskiej (nie była to, jak sugerowała w trakcie plebiscytu strona polska oddolna inicjatywa miejscowej ludności, ale struktura utworzona i kierowana przez oddelegowanych oficerów polskiego wywiadu) pojawiają się pierwsze informacje o tzw. Lynchkommando – specjalnej organizacji bojówek niemieckich, której celem było wytępienie Polaków pracujących dla sprawy polskiej. Suskim Lynchkommando kierował niejaki Kallenbach, działalnością bojówek w Iławie i okolicach – Salmbach.

Działania polskiego wywiadu bardzo szybko skoncentrowały się też na osobie majora Oldenburg-Januschau, którego określano w raportach jako jednego z przywódców politycznych junkrów wschodniopruskich. Do ścisłej obserwacji majora oddelegowano wielu wywiadowców, często działających niezależnie od siebie. Działania te prędko przyniosły pierwsze rezultaty. 17 kwietnia 1920 roku doniesiono między innymi o zlokalizowanym w Januszewie telegrafie iskrowym, dzięki któremu Oldenburg-Januschau kontaktował się z dowódcą załogi regularnego wojska niemieckiego w Pasłęku oraz przewodniczącymi niemieckich partii narodowych w Malborku. Odnotowywano także każdą obecność majora w Kwidzynie i Olsztynie. Wywiad interesował się też wszelkimi działaniami podejmowanymi w zaciszu gabinetów szymbarskiego zamku. Raportowano między innymi o dużej liczbie opłacanych przez okolicznych junkrów zdemobilizowanych żołnierzy niemieckich, gotowych w każdej chwili stanąć do walki przeciw Polakom. Największa tego typu grupa stacjonowała właśnie w Szymbarku. W kwietniu 1920 roku znajdowało się tam 300 ludzi uzbrojonych w karabiny i granaty oraz 100 konnych.

W jaki sposób pozyskiwano te informacje? Polacy posiadali płatnych informatorów przede wszystkim w niemieckich organizacjach paramilitarnych, partiach politycznych i Komisji Międzysojuszniczej. Do pracy na terenie dawnego powiatu suskiego oddelegowano ponadto wielu działających niezależnie wywiadowców, którzy koordynując prace informatorów, donosili o rozmieszczeniu i ruchach oddziałów niemieckich, przygotowaniach wojskowych na pograniczu, transportach broni i amunicji, podawali nazwiska agitatorów. To głównie dzięki nim strona polska dysponowała dokładnymi informacjami o niemieckich przygotowaniach do plebiscytu, co jednak nie wpłynęło na ostateczny wynik głosowania.

Dziś niewiele mówi się już i o samym plebiscycie, i o polskich przygotowaniach do głosowania a tym bardziej o osobach, które angażowały się w te prace. Nielicznie zachowane i rozproszone dokumenty ukazują nam jednak obraz trudnych polsko-niemieckich zmagań na terenie dzisiejszego powiatu iławskiego i nazwiska osób, które pracując na rzecz strony polskiej, ryzykowały – tak, jak rotmistrz Jan Żychliński – bardzo wiele. Warto o tym pamiętać, szczególnie wtedy, gdy szukając śladów polskości na tych terenach, sięgamy dopiero do roku 1945 – roku, w którym umiejscowiły się tu polskie władze administracyjne. Tymczasem polskiego żywiołu szukać należy tu już dużo wcześniej, już przed plebiscytem z 1920 roku, którego niepomyślny wynik dla Polski, jak się później okazało, otworzył bramy nadbałtyckiemu Drang nach Osten.

Dodaj komentarz